czwartek, 16 sierpnia 2018

Retro: Szał lat '90 - Gumy Turbo

Uważni Czytelnicy zauważą zapewne, że nieprzypadkowo zakończyłem poprzedni post nawiązaniem do gum "Turbo". Początek lat '90 obfitował we wszelkiej maści pomysły na kolekcjonowanie przez dzieci i młodzież różnych pierdół. Można było zbierać wszystko - kolorowe karteczki z notesiku, okładki zeszytów, puszki, kapsle, etykiety z piwa, piankowe samolociki i tak bez końca. Nie będzie to przesadą, jeśli napiszę że kolekcjonowanie czegokolwiek było wręcz podwórkowym obowiązkiem. Nie ważne to czy chłopiec czy dziewczynka, w osiedlowych kręgach wiadomo było kto w czym "siedzi". Swoista moda na zbieractwo nie ominęła i mnie - być może to właśnie wówczas odpaliła we mnie żyłka "kolekcjonera". Jak większość chłopców z mojego najbliższego otoczenia zbierałem obrazki z gum Turbo. Należy przypomnieć że były to czasy w których nie było TVN Turbo czy Motowizji i podziwianie tej "prawdziwej" motoryzacji było raczej poza zasięgiem każdego z nas. Prasa tematyczna również była w powijakach, a zapracowani ojcowie woleli wydać miedziaki na paczkę Waletów niż nowy numer "Motoru" (wówczas jeszcze z plakatem na "rozkładówce"). I tak przytłoczeni beznadzieją wokół nas emocjonowaliśmy się choćby Yugo sąsiada, bo wyróżniało się spośród tłumu zaparkowanych pod blokiem Fiatów 126p. By zmienić ten stan rzeczy wystarczyło wejść do najbliższego spożywczaka i stać się posiadaczem przepustki do rozmów o wielkiej motoryzacji:
- Poproszę Gumę Turbo.
- Jaki kolor - pytała zwykle sprzedawczyni.
-Wszystko jedno, byle bez powtórki.
I właśnie w ten sposób znikały drobniaki z portfeli mam, a nam przybywało obrazków z dumą noszonych w opakowaniach po kasetach magnetofonowych. 
Sama guma, choć traktowana zwykle jako zbędny dodatek  do obrazka (historyjki) była dość przyjemna w smaku, zupełnie różniła się od tej beznadziei oferowanej od jakiegoś czasu pod tą samą nazwą. Warto dodać że po latach obrazki nadal pachną jej aromatem dzięki czemu przywołanie tamtych emocji jest jeszcze pełniejsze :) 
Ok, otwieramy gumę. 
-O żesz! Znowu to Mitsubishi!
Znakiem tego spożywczak był już spalony. Powtarzający się i znienawidzony numer 165 zwiastował konieczność wybrania kolejnych drobniaków i wycieczkę po osiedlu w celu poszukiwania dopływu "świeżych" historyjek. Na duble nikt przecież nie miał ochoty. Owszem przydawały się do wymian, ale w pewnym momencie i tak lądowały w śmieciach bo "rynek się nasycił" :) Najlepsze pod tym względem były wakacyjne wyprawy do innego miasta lub zwyczajnie "do babci". Pamiętam, że zawsze wracałem ze sporym zapasem nowych numerów którymi mogłem się pochwalić pod blokiem. 
Dziś patrząc na dzieciaki, które od najmłodszych lat wpatrują się w ekrany smarfonów mam nieodparte ważenie że jednak z czegoś się je okrada. Rozświetlone na biało ekrany zabierają czas i odbierają chęć do wspólnej zabawy. Dawniej sam widok trzepaka powodował nieodpartą potrzebę zagrania w siatę czy badminton, dziś trzeba tłumaczyć dzieciom do czego to służy. 
Bardzo chciałem by chociaż mój Synek nie dowiedział się o istnieniu czegoś takiego jak guma Turbo z internetu (lub nie dowiedział się wcale), lecz ode mnie. Postanowiłem reaktywować kolekcję którą niegdyś posiadałem lecz przepadła w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach :) 
Zakup obrazków w ładnym stanie i w racjonalnej cenie nie jest dziś prosty. Okazuje się że nie da się kupić ich od A do Z. Znów trzeba szukać, kombinować, załatwiać... Zupełnie jak 25 lat temu :) Mi udało się powtórnie skolekcjonować w pełnych seriach 5 rodzajów wypuszczonych edycji. W klaserze mam jeszcze miejsce na jedną i jeśli tylko coś fajnego się trafi na pewno się skuszę na zakup.

Guma Turbo zniknęła z polskich sklepów gdzieś w okolicach 2005 roku. Mówi się że "zabiła" ją plotka o jej rzekomej rakotwórczości. Jeśli byłaby to prawda to tony jakie jej przeżułem już dawno powinny położyć mnie w grobie a ja piszę dla Was z rozrzewnieniem ten tekst :) Myślę że to zmiana czasów i myślenia spowodowały że guma Turbo nie była już nikomu potrzebna. Po co zbierać obrazki ze zdjęciami samochodów skoro pełno ich w internecie? A ja mówię - choćby po to by prawdziwie się czymś zainteresować. Gdyby nie te obrazki prawdopodobnie nie polubiłbym tak bardzo motoryzacji jak ma to miejsce teraz. Nie recytowałbym jako 4 latek wszystkich nazw samochodów jakie spotykałem na ulicy. I wreszcie nie skolekcjonowałbym tylu przepięknych miniatur które pokazałem na tym blogu.

Pierwsza oficjalna seria w Polsce od nr 51 do 120. Zbierałem ją gdzieś około roku 1993.

Auta które były na obrazkach, jak choćby Mercedes 190 były wciąż "elitą" polskich dróg.

Posiadanie tej "Beemki" było sporą nobilitacją :)

Audi Quattro - jeden z moich ulubionych obrazków.

W serii Turbo znalazło się również miejsce dla BMW 635CSi.

Do tej pory pamiętam, że skubnąłem tą Alfę mojemu bratu ciotecznemu. Przepraszam Michał! :)

Jedno z najbardziej interesujących mnie wówczas aut - Lancia Delta Integrale. Jak się później okazało fascynacja trwa nadal.

Znienawidzone Mitsubishi "cośtam". A giń w koszu...

Jeden z ciekawszych obrazków: Koncepcyjny Aston w towarzystwie równie koncepcyjnej pani że świecącymi ekhm... no właśnie "mamo co tej Pani świeci?" :D

Spójrzcie na obrazek z Seatem Ibizą - dziś taka nieprzyzwoitość jest nie do pomyślenia ;)

Jednymi z ciekawszych historyjek były te z tłem reklamującym inne produkty firmy Kent. Ale wówczas nie było wiadomo o co chodzi. Grunt że fajnie wyglądały :)

Seria "Turbo Sport". Ja pamiętam ją już z połowy lat 90 i później. To właśnie od niej zaczęła się moja przygoda z "wyścigówami".

Na obrazkach Turbo zagościli między innymi Senna i Berger.

A tu już "zmodernizowana" złota seria Turbo. Obrazki stały się atrakcyjniejsze graficznie, ale po latach widać że jakość druku poszła na łeb i szyję...

...i papier nie przetrwał tak dobrze próby czasu jak pierwsze serie.

Czerwony Pontiac podoba mi się dziś tak samo jak 20 lat temu.

W tej serii również nie brakowało bolidów F1.

Seria "Turbo Classic" chyba jedna z mniej cennych i popularnych, ale ja ją lubiłem.

Dopiero po latach przyjrzałem się logo między nazwą modelu a napisem Turbo.
 Mówi się że sprzedać swoją kolekcję Turbo - to jak sprzedać swoje dzieciństwo. Trudno się z tym nie zgodzić. Jednak dzięki kolekcjonerom którzy przez lata przechowywali i zbierali obrazki, dziś ja a w przyszłości mój Synek możemy wrócić choć na chwilę do tych wspaniałych wspomnień, przywołać swoje wewnętrzne dziecko i dać mu chwilę radości. Dbajmy o te sprawy!

sobota, 30 czerwca 2018

Retro: Tissot Martini Racing M380110

Chyba nikt nie ma wątpliwości że barwy Martini Racing są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych w motorsporcie. Na dobre kojarzone są z takimi markami jak Porsche czy Ford, a obecnie możemy je podziwiać (choć niestety już ostatni rok) w zespole Williams F1. Robert Kubica zapytany ostatnio czy widzi jakieś plusy tegorocznej konstrukcji stwierdził: "mamy fajne malowanie" ;) I nie da się z tym nie zgodzić.
Ponad wszystko jednak specyficzna "tęcza" włoskiego producenta trunku kojarzy mi się z marką Lancia.  Nie ma w tym nic dziwnego, bo modele 037, S4 czy A-grupowe Delty do dziś pozostają synonimem prawdziwych rajdówek. 
Muszę się Wam do czegoś przyznać - oprócz motoryzacji mam jeszcze jedną słabość. Zegarki. Uwielbiam je. Nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez zegarka, a korzystanie z substytutu w postaci smartfona uważam za świętokradztwo. Chyba nie będzie dla nikogo wielkim zdziwieniem, że szczególną sympatią darzę czasomierze inspirowane autami. Na szczęście w tej dziedzinie jesteśmy rozpieszczani przez producentów, ponieważ nie ma bardziej powiązanych ze sobą dyscyplin niż motorsport i czas... I właśnie z takiego partnerstwa zrodził się zegarek który dziś pragnę Wam pokazać. 
Tissot Martini Racing to szwajcarski, kwarcowy zegarek zaprezentowany gdzieś na początku lat 90. Świadczyć może o tym reklama znaleziona w sieci na której widać A grupową Deltę. Choć żadnych oficjalnych oznaczeń Lancii nie znajdziemy ani na zegarku ani na jego opakowaniu to śmiało można stwierdzić że to właśnie do fanów włoskiego zespołu skierowano ten produkt.


Zegarki posiadały kilka wariantów tarczy (z dodatkowymi wskaźnikami lub bez), wszystkie były jednak zamknięte w identycznych kopertach z szafirowym szkłem. Różnice pojawiały się w kolorystyce zarówno tarcz jak i pasków. Standardem był oczywiście datownik oraz klasa wodoodporności 30M.  Ładna rzecz powiecie? Owszem, biorąc pod uwagę fakt, że w 1992 roku miałem 6 lat i choć o motoryzacji wiedziałem już całkiem sporo, to o takim zegarku mogłem jedynie pomarzyć. Podobnie z resztą jak mój tata. Jego cena kształtowała się bowiem najprawdopodobniej w okolicach dzisiejszych 1000 zł. 

Jak więc doszło do tego że dziś mogę z dumą nosić ten okaz na ręku? Standardowo - przypadkiem ;) Pod koniec zeszłego roku przeglądałem jeden z portali aukcyjnych w poszukiwaniu prezentu gwiazdkowego. Ot tak, dla siebie ;) Myślałem o jakimś modelu Williamsa w barwach Martini Racing i po wpisaniu takiej właśnie frazy w wyszukiwarkę moim oczom ukazał się ten oto widok:


Zegarek był dosyć mocno zniszczony, nie posiadał paska ani pudełka, ale był na chodzie. Cena? Śmiesznie niska. Zanim zdążyłem pomyśleć co dalej z nim pocznę wylądował już w sekcji "zakupione". Potem poszło już z górki. Bardzo chciałem przywrócić mu należyty stan by nie został jedynie "gratem do szuflady", ale dumnie odmierzał czas na moim ręku.  Najtrudniejsze wydawało się znalezienie paska ponieważ oryginalny miał specyficzne wycięcie na logo Martini Racing. Ostatecznie postanowiłem że pasek dorobię, jednak... znowu łut szczęścia się do mnie uśmiechnął. Okazało się bowiem że w Polsce dostępne są jeszcze 3 takie paski i to zupełnie nowe oryginały! Sprzedawca ponadto fachowo dobrał mi nowe teleskopy i w zasadzie miałem już wszystko by zegarek poskładać. Pozostało pytanie - czy pozostaje w takim "zmęczonym" stanie (to też ma swój urok) czy idzie do renowacji. Po wysłaniu kilku zapytań do firm zajmujących się takimi usługami i otrzymaniu odpowiedzi że owszem zegarek będzie wyglądał jak nowy, zdecydowałem się na jego naprawę. Czasomierz trafił do zakładu w Lublinie, skąd wrócił do mnie w stanie jak na poniższych zdjęciach. Nie muszę chyba tłumaczyć że nie mogłem się go doczekać... ;)



Postanowiłem, że dekiel pozostanie bez ingerencji. Ktoś już ten zegarek przecież nosił, używał i miał z niego pociechę - tych śladów nie mogę usunąć. Tissot posiada teraz piękną lśniącą kopertę, czyściutką koronkę i krystaliczne szkiełko. Okazało się że mechanizm jest zupełnie nietknięty zębem czasu i całość ma się świetnie. Zakładam go jedynie okazjonalnie, ale każda minuta, każda sekunda z tym zegarkiem przypomina mi o małym chłopcu, który motoryzacji uczył się z obrazków z gumy Turbo. A dobre wspomnienia to największy skarb!